6 godzin

Tyle mieli rodzice małego Filipka na spakowanie całego dobytku i opuszczenie rodzinnego majątku, w którym razem mieszkali od urodzenia.

Mała miejscowość na północnym wschodzie kraju i decyzja międzynarodowa (Polska/republiki radzieckie: Ukraina, Białoruś, Litwa) o przesunięciu granicy wschodniej na niekorzyść Polski. Kto chciał to mógł zostać, ale już w obcym kraju i z obcym wojskiem. Urzędnik skrupulatnie spisał majątek rodziców Filipka informując, że decyzja o przesunięciu granic bierze pod uwagę konieczność przyznania wszystkim uchodźcom odpowiedniego ekwiwalentu na terenach polskich, w zamian za mienie pozostawione na wschodzie. Pomimo tego, że nasze państwo dostało od naszych sąsiadów ogromne odszkodowanie za swoje "przemyślane" decyzje, to ani rodzice Filipka, ani dorosły już Filip nie otrzymali zwrotu majątku… no, prawie.

 

W celu odzyskania majątku/ekwiwalentu należało wpierw udowodnić przed sądem polskim, że taki majątek w ogóle kiedyś się posiadało. Następnie należało zrobić wycenę pozostawionego majątku i za jej wartość można było kupić na przetargu tylko i wyłącznie nieruchomość, której właścicielem był - rzecz jasna - Skarb Państwa. O ile sprawy sądowe na podstawie odziedziczonych przez Filipa dokumentów udało się bez większych problemów załatwić, o tyle znalezienie majątku, który chciał sprzedać nasz Skarb Państwa - graniczyło z cudem. Nie oznaczało to też, że Państwo nic nie sprzedawało. Oczywiście tak, i to bardzo wiele, ale niestety za pośrednictwem Agencji Rolnej Skarbu Państwa która, zwał jak zwał, została wyłączona ustawowo z możliwości uczestnictwa w tych sprzedażach poszkodowanych Zabużan. Rodzice Filipka, nie doczekawszy się uregulowania obiecanych im spraw, zmarli - i teraz dorosły już Filip wziął sprawy w swoje ręce. Minęło pięćdziesiąt lat i starania spełzły na niczym. Na wysłanych osobiście przez Filipa zapytaniach do 50 starostw w całej Polsce w celu znalezienia jakiejkolwiek nieruchomości wystawionej na sprzedaż, odpowiedziała pozytywnie tylko jedna i paradoksalnie ta, w której przebywał aktualnie Filip. 

 

Parter starego domu przy granicy z Czechami, w której niegdyś mieścił się mały posterunek straży granicznej, wyceniono przez rzeczoznawcę na kwotę 30.000 zł. Nieruchomość nie nadawała się do zamieszkania, nie było podstawowych urządzeń, kuchni i łazienki i w ogóle całość to było jedno sześćdziesięciometrowe pomieszczenie ze schodami, prowadzącymi na piętro domu. Na piętrze od lat mieszkała właścicielka góry budynku, która - rzecz jasna – była bezpośrednio zainteresowana nabyciem wystawionej do sprzedaży dolnej części nieruchomości.

 

Rodzice Filipa pozostawili na wschodzie mienie o wartości, jak wyliczono, 420.000zł. Rozwinięte od pokoleń gospodarstwo na kilkunastohektarowym gruncie, wraz z domem/dworkiem modrzewiowym krytym blachą, która jak na ówczesne czasy była rarytasem. Do tego maszyny i cały "folwark" zwierzęcy, i jeszcze to, czego na czterokołowy wóz, nie udało się zabrać. Wycena odzwierciedlała stan rzeczywisty i w pełni 

satysfakcjonowała bezdomnego Filipa, ale…

 

Jakież było zdziwienie starszej Pani z górnego piętra, która w dniu przetargu zobaczyła Filipa, chcącego nabyć fizycznie nie nadające się do zamieszkania pomieszczenie, przez które kobieta i tak codziennie musiałaby przechodzić. Nikt nie poinformował jej, że w przetargu mogą też uczestniczyć osoby, takie jak Filip, które mogą zaliczać część wylicytowanej kwoty na konto swojej wyceny majątku pozostawionego na wschodzie. Ale to dopiero był początek tego przetargowego cyrku.

 

Na wieść, o chyba jedynym już majątku Skarbu Państwa, który chciano jeszcze zbyć, zjechało się na przetarg ok. 30 osób z całej Polski ze swoimi wycenami sięgającymi przeszło kilkanaście milionów każda. Każdy z uczestników liczył się z tym, że aby cokolwiek odzyskać w fizycznych pieniądzach, musi wygrać przetarg i sprzedać komuś nieruchomość w realnym już świecie po realnych cenach, czyli niższych. Jakież było zdziwienie kobiety, gdy już w pierwszych przebiciach licytacji jej dolny korytarz (tak go zawsze traktowała) osiągnął grubo ponad 100 tys, a ona przygotowana była na zapłacenie najwyżej 35.000 zł. 

 

Kupił go ostatecznie Filip, który wydał prawie całą sumę zgromadzonego przez dziadków i rodziców majątku. Dogadał się ze staruszką i odsprzedał jej pomieszczenie za kwotę faktycznej wartości czyli 30.000 zł. Za uzyskane pieniądze bezdomny, schorowany i samotny Filip, mógł przez pewien czas jeszcze tylko wynajmować sobie skromne mieszkanko, w którym niedługo potem zmarł, a reszta nieodzyskanego majątku (z uwagi na brak ustawowych spadkobierców) paradoksalnie wróciła ponownie do Skarbu Państwa. 

 

W podobnej sytuacji do Filipa znalazło się w Polsce blisko 1.843.222 osób.